Historia, która urzeka i przeraża, przestrzega i informuje o trudnych wyborach w życiu..// MY, DZIECI Z DWORCA ZOO. Christian F.

Dzisiaj trochę smutna książka. Wróciłam do niej po latach, wielu latach. A jednak dalej robi na mnie ogromne wrażenie.

Kiedy miałam 12, 13 lat to moim głównym zajęciem, oprócz szkoły, była zabawa. Lalki, domek dla lalek, bitwy na poduszki z braciszkiem, budowanie fortec i fos z koców i krzeseł.  To był cudowny czas mojego dzieciństwa, który zawsze będę z rorzewnieniem wspominać.  Z nutką nostalgii w sercu. Nie wiem czy w tamtym okresie mojego życia wiedziałąm w ogóle czym są narkotyki i jakie mają działanie. Chyba nie do końca. Zawsze wiedziałam, że narkotyki to zło wcielone, które momentalnie zabija. Niszczy i zabija w człowieku to co najlepsze i najpiękniejsze. Ale ja urodziłam się chyba w lepszych czasach niż bohaterka dzisiejszego postu.

Panie i Panowie. Poznajcie Christiane F. Dwunastoletnią narkomankę, która po roku palenia haszyszu, brania prochów „przeszła” na heroinę.


Christiane, narratorka swojej historii, opowiada o swoim życiu, które w bardzo krótkim czasie zmieniło się o 180 stopni. Wychowywana na wsi, wśród dzieci wiejskich nie znających zazdrości, uczucia wyższości, pochlebstwa i chciwości w takim stopniu jak dzieci miejskie, po przeprowadzce do Berlina nie potrafi odnaleźć się w nowym miejscu. Rodzina, pchana marzeniami o wielkim bogactwie i szczęściu, możliwości zdobycia poważania i szacunku, przeprowadza się do Berlina. Życie często jednak pokazuje, że marzenia niestety nie zawsze idą w parze z otaczającą rzeczywistością. Trudności w znalezieniu pracy przez ojca Christiane tylko dodają oliwy do ognia. Ojciec, upokorzony swoją porażką w biznesie, swoją złość i niemoc wyładowuje na żonie i dzieciach. Mama Christiane zajęta zapewnianiem dostatniego życia swoim córkom nie dostrzega problemów, które się piętrzą pod jej nosem.

 

Chsritiane samotna wśród rodziny, która jej nie rozumie, szuka wsparcia wśród swojej nowej klasy. Za wszelką cenę próbuje uzyskać akceptację, zainteresowanie grupy, zdobyć ich zaufanie i przyjaźń. Udaje jej się zaprzyjaźnić z Kessi, kolezanką z klasy. Młodą ćpunką, odrzucającą powszechne normy i wszystko to co proponuje świat dorosłych. Christiane wtapia się w grupę, idealnie do nich pasuje, jak jej się zdaje. Łączy ich to samo pochodzenie, trudna sytuacja w rodzinie, odrzucenie. Na tym etapie jeszcze nie wie, że przyjaźń z tą dziewczyną rozpoczyna proces staczania się, otwierając tym samym drogę ku śmierci.

Wypady do klubów, eksperymenty z tabletkami, mieszanie różnych specyfików z alkoholem. Pierwsze miłości, kolejne odrzucenia, wypaczenie zasad moralnych.  Kłamstwa, oszukiwanie własnych rodziców, ale przede wszystkim siebie samej. W końcu kradzieże, prostytuowanie się, aby tylko zdobyć pieniądze  na kolejną porcję heroiny. W tym samym momencie cierpienie i ogromny smutek rodziców Christiane. Przebudzenie ze snu, w którym wszystko było idealne. Dotarcie do prawdy, która boli. Naiwna wiara, że dziewczynka, bo to przecież jeszcze dalej dziecko!, da sobie radę. Sama. Szok i niedowierzanie, kolejne szanse i w końcu poddanie się.

Christiane zawsze wierzy, że przecież to nie jest uzależnienie. Że może rzucić kiedy tylko chce, że ma nad tym kontrolę. Że nie jest taka jak „oni”. Dużo czasu zajmuje jej dotarcie do wniosku, że jednak jest..

Ta książka to ogromny ładunek emocjonalny. Wszystkie emocje skupione są na kartkach tej właśnie książki. Jestem bardzo poruszona tą historią i tą książką. Czytając ją chciałam pomóc Christiane, chociaż dzisiaj to dorosła kobieta. Wywoływała we mnie gniew. Jak mogła tak kłamać, oszukiwać samą siebie, ranić, kraść, tłumaczyć, że mogę, a jednocześnie „dawać sobie w żyłę”?!. Nigdy tego pewnie nie zrozumiem. Narkomania to dla mnie nagorsza choroba. Robi spustoszenie we wszystkim co człowieka ma. W mózgu, wątrobie, nerkach i innych narządach, ale również w duszy. Czytelnik jest świadkiego powolnego, świadomego upadku człowieka i jego upodlenia dla kilku gram narkotyku, za które ta druga strona jest godna zabić.

Christiane podczas tych kilku lat zawiera znajomości, z narkomanami oczywiście. Wielu z nich umiera. Od przedawkowania zazwyczaj. To młodzi ludzie! Najmłodsza osoba ma zaledwie 14 lat. Najlepsza przyjaciółka Christiane. Robi to na niej wrażenie, ale tylko na chwilę. Aż do kolejnej dawki. Zaczynają się myśli samobójcze. Może by jednak skończyć i dać im odpocząć?

 

Książka jest REWELACYJNA. Jest bardzo trudna w odbiorze, ale według mnie absolutnie obowiązkowa dla młodzieży do przeczytania. To świadectwo młodej kobiety, która przeżyła ponad 20 lat! Byłej narkomanki, która pokazała światu jak tamten mroczny świat wygląda. Jestem bardzo przygnębiona po przeczytaniu tej książki, ale nie żałuję. I Wam również gorąco polecam.

 

Wkrótce coś trochę weselszego – zaprowadzę Was na Tygrysie Wzgórza. :)

 

Zapraszam!

Zaległa recenzja. co się czytało kiedyś.. „Japoński Wachlarz” Joanna Bator

Książkę Joanny Bator czytałam  bardzo dawno temu. Nawet nie pamiętam kiedy. Przemknęła prze moje dłonie niezauważenie, a przez to nic o niej nie napisałam. A to wielka szkoda. Pozostaje mi podjąć się próby zrecenzowania jej „z pamięci”.

Joanna Bator to wykładowca w polsko – japońskiej szkole wyższej w Warszawie. Jak znalazła się w Japonii? Dostała propozycję wyjazdu naukowego na rok czasu. Wyjechała do kraju, który jest.. skrajnie różny od naszego, a to sprawia, że jest .. po prostu piękny w swojej odmienności.

Co mi zapadło w pamięć najbardziej z reportażowej powieści (śmiem tak twierdzić) p. Joanny? Rysowanie mapek jak gdzieś dojść. W Japonii nie ma ulic takich jak u nas. Wijące się, czasem ślepe, czasem długie zmieniające swoją nazwę, zupełnie niezauważenie, na inną. U nich wszystko jest przemyślane, drobiazgowo wytyczone. Proste i ładne. Ulice mają numerki, pisane oczywiście „mrówkami”, po których nawet sami Japończycy się plątają zanim dotrą do celu.

Drugie co pamiętam to wrodzona ciekawość i ekstremalna kultura i kurtuazja. Dobre wychowanie i nienaganne maniery to podstawa u każdego mieszkańca Kwiatu Wiśni. Nawet jeżeli są super ciekawi tego kim jesteś, co tu robisz i po co tu przyjechałeś to nie spytają Cię o to wprost. Mistrzowie, nie tyle kłamania, ile „omijania prawdy”. Z grzeczności. Urzekło mnie to. Siedzącą w wygodnym fotelu w domu. To nie ja musiałam tam spacerować, żeby coś odnaleźć.

Ludzie chroniący swoją prywatność, absolutnie szanujący drugiego człowieka i jego odmienność, pruderyjni w swoich zachowaniach na co dzień, a w nocy oddający się miłosnym uciechom (najróżniejszym i najdziwaczniejszym!)w tzw. „Hotelach miłości”. Miłośniczki i miłośnicy przebieranek za bohaterów z komiksów, filmów i innych, nałogowi gracze w gry hazardowe. Celebrujący Święto Drzewa Wiśniowego, dobre jedzenie (sushi jedzone wyłącznie pałeczkami). Takich zapamiętałam Japończyków z książki p. Joanny.

Gdy podróżowała metrem japońskim to czytając te fragmenty miałam wrażenie, że sama też bym sobie świetnie dała radę. Wspaniała powieść o życiu, które jest oddalone od nas o zaledwie kilka godzin lotu samolotem. Historia nie tyle narodu ile przyzwyczajeń, zachowań, upodobań, preferencji, przyjaźni, kultury i tradycji napisana barwnym językiem, którego aż chce się słuchać. I czytać. Byłam i nadal jestem, urzeczona językiem Joanny Bator. Jej stylem pisania. Autorkę, a właściwie jej książkę bardzo lubię i na pewno jeszcze do niej wrócę. Nie raz, nie dwa.

Autorka jest świadkiem zachowań swoich znajomych Japończyków, które wynikają z wielu czynników. Opisuje je w bardzo przyjemny sposób. Tak, że każdy, nawet ten kto nigdy, nic o Japonii nie słyszał zrozumie jakim niezwykłym narodem są Japończycy. Polacy są równie wspaniali i równie egzotyczni dla nich jak oni dla nas. I to chyba najpiękniejsza różnica na Ziemi. Polecam książkę każdemu kogo interesują inne kraje, inne kultury. Każdemu kogo interesują przede wszystkim ludzie.

„Odrobina Fałszerstwa” Marta Obuch, Wyd. MUZA

 

Z Martą Obuch i jej książkami nie spotkałam się nigdy wcześniej aż do dnia gdy w moje rączki trafiła przeceniona „Odrobina fałszerstwa”. Wiecie co? Nie żałuję, że nie czytałam jej książek wcześniej. Od początku książka nie powaliła mnie na kolana. A ponieważ nie mam stosunku do sztuki żadnego bo mnie ona nie interesuje, tak więc też potraktowałam tą książkę. Nie jest to literatura wielkich lotów. Śmiem twierdzić, że p. Obuch chyba wzorowała się na Joannie Chmielewskiej, która jest absolutnie nie do podrobienia. Skąd taki bzdurny wniosek? Po kolei.

Rzecz dzieje się w Śląskim Domu Aukcyjnym w Katowicach. Główna bohaterka, Jola, pracuje w nim, razem ze swoją przyjaciółką Alunią. Przypadkowo wpada na trop przestępstwa artystyczno – malarskiego, a ponieważ jest uparta, dociekliwa i niezwykle bystra postanawia dowiedzieć się o co chodzi. W międzyczasie w jej pracy pojawia się nowy tajemniczy kolega, który również pragnie rozwikłać tajemnicę. Nie tylko tą dotyczącą obrazów, ale również tajemnice niewieściego serca.

 W historię wplątanych jest również kilka bardzo charakterystycznych postaci, kluczowych jak się okaże dużo później. Każda z postaci biorących udział w zabawie „szukanie złodziei” jest bardzo charakterystyczna na swój właściwy sposób. Nie ma ludzi nijakich, bezosobowych, bezpłciowych. Każdy bohater ma coś co go wyróżnia. To czyni z nich trochę bardziej realnych bohaterów.

 Dialogi są bardzo, bardzo podobne do tych, które widziałam w książkach p. Joanny Chmielewskiej. Nie zarzucam tu nikomu niczego – stwierdzam tylko własne spostrzeżenia. Możliwe, że autorka wzorowała się na mistrzyni polskiego kryminału. Jak by nie było, efekt jest mierny. Książka jest lekka, przyjemnie się ją czyta. Nie powala na kolana. Ani językowo, ani historycznie. Historia jest banalna. Kradzież i podróbka dzieł sztuki no i wykrycie sprawcy. Kamuflaże, podsłuchiwanie, płomienna miłość, która wybucha wbrew chęciom.

 Książki ani nie polecam ani nie przestrzegam przed nią. Według mnie to nic specjalnego, żadne łał! Jeżeli ktoś ma czas i lubi taką tematykę to może spokojnie po to sięgnąć.

Jasne, błękitne okna.. Edyta Czepiel

Każdy tytuł ma swoje źródło. Nie inaczej jest w tym przypadku. Okno, jasne, błękitne. Przez, które widać inny świat, lepszy. Ten, o którym marzę. Ten, którego nie mam, a który chciałabym mieć. 

Książką Edyty Czepiel to bardzo trudna literatura. Miałam kłopot ze zrozumieniem jej, zrozumienie wszystkiego, połapaniem się w wątkach, które się pojawiały. Chronologia jest tu zaburzona, ale dodaje to uroku całej powieści, której głównymi bohaterkami są dwie przyjaciółki: Sygita i Beata. Poznały się i wychowały w swojej wsi, Maciejowiczkach. Jedna wybrała wielkomiejskie życie, druga postanowiła osiąść we wsi i wychowywać dzieci i rodzinę. Wydaje się, że życie jednej usłane różami, bez stresu i zmartwień, a drugiej szczęśliwe, pełne blasków fleszy, bogactwa i popularności. Rzeczwyistość jednak pokazuje, że to tylko ułuda.

Główny wątek to historia niezłomnej przyjaźni dwóch kobiet, które wybrały własną drogę życiową. Po 8 latach od ostatniego kontaktu Beata odbiera telefon od Sygity, która zaprasza ją do siebie, do Maciejowiczek. To spotkanie, po latach, zmienia życie każdej z nich. Odżywają wspomnienia, skrywane zadrażnienia, ukrywane tajemnice. Okazuje się, że życie nie jest takie proste i szczęśliwe, jakim się wydaje. Każda z nich, mimo ogromnych różnic i różnych doświadczeń życiowych, ma trudne życie, usłane kolcami róży. Choroba i ogromna strata wyczekiwanego prezentu od losu podcinają nogi obu kobietom. Oparcie, które miało być wsparciem już nim nie jest. Kobieta, nikomu nic nie winna, zgodnie wychowująca swoją córeczkę, dostaje dar od Boga, który będzie musiała zwrócić wraz z czymś bardziej cennym. Patrzenie na śmierć ukochanej osoby i ta niemożność pomocy, zrobienia czegokolwiek, jest dojmująco złowieszcza. Wielka przyjaźń zostaje wystawiona na ogromną próbę. Czy wytrzyma ją?

Książka nie zrobiła na mnie początkowo wrażenia. Dopiero gdy zaczęłam szukać filmu, obejrzałam trailery, zwiastuny to trochę zrozumiałam w czym rzecz. Książka jest smutna, opowiada o losach dwóch przyjaciółek, rozłączonych przez los, który na chwilę pozwala im ponownie się spotkać by potem znowu sobie z nich zakpić. W książce się tego nie czuje. Narratorem jest Sygita, jedna z przyjaciółek. Ale momentami można się pogubić, dlatego, że bez ostrzeżenia narrator zmienia się w Beatę i na odwrót. Głównie to Sygita mówi, opowiada o wszystkim i wszystkich, ale czasami pojawia się też i Beata tam. Forma jest bardzo trudna. Pomieszane wspomnienia, ciągłe retrospekcje, barwny, jak dla mnie aż za bardzo, język, który utrudnił mi pełne skupienie na czytanym tekście i wchłonięciu go w pełni. Zrozumieniu. Książka jest dla ambitnych i opornych na emocje. Których tu nie brakuje.